Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Wściekłe ptaki i kwadratowe głowy

Krzysztof Jóźwiak

Świat elektronicznej rozrywki zatoczył koło. Dziś znów liczy się przede wszystkim dobry pomysł, a nie miliony dolarów wydane na produkcję. To kolejny bonus ery tabletów i smartfonów

Na początek krótka zagadka. O czym może świadczyć następująca scena: człowiek znęca się nad swoim telefonem, gorączkowo stukając w dotykowy ekran i głośno przy tym pomstując? Z niemal stuprocentową pewnością możemy przyjąć, że biedak zainstalował niedawno na swoim urządzeniu „Flappy Birds" – prostą grę, która niczym wirus opanowała umysły właścicieli smartfonów i tabletów na całym świecie. Pomysł jest banalnie prosty. Grę obsługujemy jednym palcem, a każde stuknięcie w ekran sprawia, że ptak, którym sterujemy, unosi się wyżej. Brak naszej reakcji powoduje jego upadek. Należy kierować nim tak, by nie wpaść na rurę, a każda pokonana przeszkoda to jeden zdobyty punkt. Wydaje się to nieskomplikowane, ale w praktyce takie nie jest. Gra jest bardzo trudna i niezwykle frustrująca. W internecie można znaleźć zdjęcia smartfonów z pękniętymi wyświetlaczami – to efekt zbyt intensywnego stukania w ekran podczas gry we „Flappy Birds". Jednak ani wysoki poziom trudności gry, ani jej niezwykle uboga szata graficzna nie zniechęcały milionów graczy na całym świecie do podejmowania prób bicia kolejnych rekordów.

Darmowy program ściągnęło na swoje komórki ponad 50 mln osób. Jego twórca, Wietnamczyk Dong Nguyen, zarabiał na reklamach 50 tys. dol. dziennie i nagle, niemal z dnia na dzień, postanowił wycofać aplikację z cyfrowych sklepów Apple i Googla. Jak sam przyznał sukces gry zaskoczył go i zdezorganizował  życie. Został zasypany setkami próśb o wywiady dla mediów, a z drugiej strony tysiącami niewybrednych gróźb ze strony skrajnie sfrustrowanych  porażkami (a jednocześnie uzależnionych) graczy. Nguyen, który sam siebie określa mianem twórcy i pasjonata gier niezależnych, dostrzegł także zły wpływ gry na jej użytkowników – zabawny program, który miał służyć krótkiemu relaksowi, doprowadzał graczy do szewskiej pasji.

Postawa godna pochwały, choć nie liczyłbym na to, że będzie chętnie naśladowana przez innych twórców prostych gier na urządzenia mobilne. W całym tym zamieszaniu ważne jest jednak co innego. Zaskakująca popularność „Flappy Birds" to kolejne świadectwo zmian, jakie zachodzą na rynku elektronicznej rozrywki – dziś, tak jak przed laty, o sukcesie nowej gry w dużym stopniu zaczyna decydować dobry i świeży pomysł, a nie duże pieniądze.

W poszukiwaniu utraconej miodności

W zamierzchłej erze automatów do gier i komputerów ośmiobitowych miliony osób na całym świecie zagrywały się w „Pacmana", „Space Invaders" czy „Tetrisa", banalnie proste gry zręcznościowo-logiczne. Popularność tych programów nie była wyłącznie rezultatem ograniczeń technologicznych i sprzętowych, które ówcześnie nie pozwalały stworzyć produktu bardziej atrakcyjnego wizualnie i rozbudowanego funkcjonalnie. Miały one jeszcze to coś, co recenzenci nieistniejącego już kultowego pisma o grach komputerowych „Secret Service" nazywali „miodnością", a dziś częściej określa się mianem wysokiej grywalności. Z czasem jednak błyskawiczny rozwój rynku elektronicznej rozrywki sprawił, że wyprodukowanie gry stało się przedsięwzięciem niezwykle kosztownym, na które pozwolić mogły sobie niemal wyłącznie wielkie koncerny dysponujące milionami dolarów (dla przykładu – najdroższa dotychczas gra w historii, czyli Grand Theft Auto V, kosztowała 115 mln dol., kolejne 150 mln zielonych pochłonęła jej promocja). W rezultacie kilka lat temu branża gier komputerowych zabrnęła w ślepy zaułek. Produkcji z wysoką „miodnością" powstawało tyle co kot napłakał, a cały wysiłek deweloperów skupiał się na tym, aby gra wyróżniała się olśniewającą grafiką. W rezultacie hurtowo otrzymywaliśmy produkty pięknie opakowane, ale puste w środku. Co gorsza łączyło się to z coraz bardziej wyśrubowanymi wymaganiami sprzętowymi, a co za tym idzie, dużymi wydatkami, które musieli ponosić gracze.

Poprzednia
1 2 3 4
Komentarze: 0 skomentuj »
Podpis:
Adres e-mail:
Zaloguj się | Załóż konto

Wstępniak

Jan Piński

Polski paradoks

Mamy obowiązek preferować kraj, w którym są korzenie Fiata. Nasz wybór, by produkować pandę w Pomigliano d’Arco, nie był oparty na zasadach ekonomii ani racjonalności” – przyznał z...

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Rafał Otoka-Frąckiewicz

Mowa nienawiści

Im bardziej Radka Sikorskiego nie ma, tym go więcej. Im mniej znaczy, tym bardziej się puszy. To norma u megalomanów, w sumie nie ma co się dziwić, ale to, co odwalił przy okazji wywiadu dla „Politico”, to już kompletna porażka. Oczywistym raczej jest, że Putin, mając pomysł na aneksję jakiegoś kraju, nie będzie gadał z byle kim i uda się do Merkel. Pomysł, że mógłby to negocjować z Tuskiem, jest ponurym żartem. Na grzyba więc Radek wyskoczył z podobną historią? Jak na mój gust to rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Jan Piński

Polski paradoks

Mamy obowiązek preferować kraj, w którym są korzenie Fiata. Nasz wybór, by produkować pandę w Pomigliano d’Arco, nie był oparty na zasadach ekonomii ani racjonalności” – przyznał z rozbrajającą szczerością Sergio Marchionne, szef Fiata