Przegląd mediów
Kwaśniewski sypie, Kluzik szarpie wuja
Upał, gazet niewiele, a w tych, które są, pusto. Polacy gremialnie odpoczywają łącznie z dziennikarzami, sam próbuję śledzić wydarzenia z Krakowa. Dobrą porę wybrał sobie Aleksander Kwaśniewski na rewelacje.
Niektórzy może jeszcze pamiętają zabawne zdarzenie z samego apogeum afery Rywina. Ten sam Kwaśniewski, wtedy prezydent RP, orzeka w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej", że Leszek Miller, wtedy premier RP, powinien zawiadomić prokuraturę o tym, co powiedział mu Adam Michnik. Na odwet nie trzeba czekać długo. Miller ujawnia list Rywina do Kwaśniewskiego. List, który dostał od prezydenta podczas jakiejś popijawy. Wynika z niego, że Kwaśniewski też wiedział.
Tamto działo się w roku 2003. W 2012 były prezydent udziela tysięcznego wywiadu „Gazecie Wyborczej". Oto wymiana zdań między nim a Agatą Nowakowską i Dominiką Wielowieyską:
„GW: Palikot atakuje Millera, a o panu mówi: prezydent o niczym nie wiedział.
Kwaśniewski: Oczywiście, że wszystko działo się za moją zgodą. Prezydent i premier godzili się na współpracę wywiadowczą z Amerykanami, bo tego wymagała polska racja stanu. Po zamachu na World Trade Center uznaliśmy, że to niezbędne z powodu nadzwyczajnych okoliczności. Kolejne zamachy po 11 września utwierdziły nas w tym. W zamachach w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu ginęli też polscy obywatele. To był nasz obowiązek, a współpraca między prezydentem i rządem modelowa".
Niby to wszystko razem jest polemiką z Palikotem, na dokładkę Kwaśniewski bierze na siebie odpowiedzialność, dodajmy: przy użyciu sensownych argumentów. Ale przy okazji topi całą strategię Leszka Millera z ostatnich tygodni, która zatrzymała się gdzieś między zaprzeczaniem, a nic nie mówieniem.
Możliwe, że to były prezydent ma więcej racji, że to jego strategia jest słuszniejsza. Ale czy obaj panowie nie powinni się spotkać i tę sprawę uzgodnić? Nie chodzi tylko o nich, chodzi o reputację Polski. W tym samym wywiadzie Kwaśniewski rozdaje innym cenzurki, ale jego własna postawa to mieszanka cynizmu i przewracania się o własną nogę.
Prasa pełna jest rozważań na temat lewicy, która dostała się na dobre pod komendę dinozaurów z czasów schyłkowego PRL, a ich jedynym konkurentem wydaje się być winiarz z Biłgoraja. Zawsze odczuwałem przewrotną może nie sympatię, ale uznanie dla tych dinozaurów. Z czasem nawet większe, były przecież ciekawsze od ich następców, których przezornie czy przypadkowo sobie nie wychowały. Ale ich czas chyba naprawdę się kończy. To drobny przyczynek do tego końca. Przyczynek żałosny.
Nie wiem, czy „Newsweek" datowany na 27 kwietnia-6 maja jest Newsweekiem zeszło-, czy tegotygodniowym. Uderzyły mnie w nim cytaty z wywiadu Joanny Kluzik-Rostkowskiej - przeprowadzała go, zapewne przed wieloma miesiącami, Teresa Torańska.
Cytat pierwszy: „Jarek dał mi szansę w polityce". Cytat drugi: „Nie bałam się Kaczyńskiego, mówiłam mu wprost co myślę, A on dzielnie to znosił. Wszystko było mi wolno".
A wobec partyjnego lidera nie wszystko jest wolno, i rzecz nie dotyczy wbrew rozpowszechnionym stereotypom jedynie Kaczyńskiego i PiS. Kluzik-Rostkowska opowiada, że prezes zmienił do niej stosunek, kiedy wyczuł w niej ambicje. Możliwe, że tak było, ale relacja między nimi była jednak, piszę to i na podstawie samej tej rozmowy, i tego co wiem, czymś w rodzaju przyjaźni, czy przynajmniej zażyłości. I dlatego – choć to dziś banał – za każdym razem, kiedy sięgam po podobne teksty Joanny (to moja koleżanka jeszcze z NZS) ogarnia mnie zażenowanie.
W samej tej rozmowie nie ma zresztą niczego szczególnie szokującego. Szokująca jest rola, jaką Kluzik-Rostkowska wybrała już później. Czy przyjąłbym rolę oskarżyciela mojego niegdyś ukochanego wuja, nawet gdybym uważał, że się we wszystkim pomylił? Nie przyjąłbym.
Nota bene i to jest dodatkowy paradoks – Kluzik-Rostkowska pisząca kolejny odcinek maglarskiej historii zza kulis PiS, akcentuje swoje usamodzielnienie się, emancypację. Wywiad kończy deklaracją radości, że wyrzucono ją z tamtej partii: „Bardzo dobrze, zatoczyłam koło i po siedmiu latach spotkałam się z Donaldem Tuskiem. A w stosunku do dzisiejszego PiS moje poglądy to już nie terytoria zamorskie, to inna planeta".
Torańska nie dopytuje naturalnie o to, jak i dlaczego tyle czasu występowała w roli zamorskich terytoriów. Ale życie dopisało do tej radości własną pointę, sympatyczna posłanka w swoim nowym, „lepszym" towarzystwie zginęła w tłumie.


![[?]](http://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
